Spotkanie z Mistrzem: Piotr Nardelli prowadzi masterclass w Operze Nova

Spotkanie z Mistrzem: Piotr Nardelli prowadzi masterclass w Operze Nova

Spotkanie z Mistrzem: Piotr Nardelli prowadzi masterclass w Operze Nova

Spotkanie z Mistrzem: Piotr Nardelli prowadzi masterclass w Operze Nova

Balet Opery Nova w Bydgoszczy gości jedną z najwybitniejszych postaci światowej sceny tanecznej. Piotr Nardelli – legendarny baletmistrz, pedagog i wieloletni współpracownik Maurice’a Béjarta – prowadzi masterclass dla bydgoskich tancerzy. O istocie nauczania, pracy z mistrzami, międzynarodowych zespołach i marzeniach, które wciąż pozostają żywe, opowiada w rozmowie z Operą Nova.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Tancerze Baletu Opery Nova mają zaszczyt i wielką satysfakcję uczestniczyć w masterclass prowadzonym przez Pana. Czy wcześniej Profesor gościł już w Bydgoszczy i Operze Nova?

Nie pamiętam dokładnie roku, ale sądzę, że minęło już ponad dziesięć lat. Przyjechałem wówczas do Bydgoszczy, aby prowadzić lekcje związane ze spektaklem przygotowywanym na festiwal, organizowany przez Operę Nova.

Co Profesor chce przede wszystkim przekazać tancerzom podczas obecnych zajęć?

To dość trudne pytanie. Każdy pedagog zaproszony jako gość nie przekazuje wyłącznie kroków, lecz przede wszystkim sposób myślenia o ruchu. Każdy z nas ma inną koordynację, inny rytm, inne czucie ciała. Staram się więc pokazać tancerzom, jak ja odczuwam ruch. Jednocześnie zwracam uwagę na drobne niedociągnięcia techniczne, które – po skorygowaniu – mogą jeszcze bardziej podnieść poziom wykonania.

W życiu często nie dostrzegamy własnych błędów, dlatego dobrze jest spotkać kogoś, kto potrafi pomóc z zewnątrz. Miałem szczęście pracować z wieloma wspaniałymi choreografami, którzy pomogli mnie samemu – dziś czuję, że moim zadaniem jest oddać to dalej. Choć zwraca się pani do mnie „Profesorze”, ja sam czuję się raczej jak lekarz: diagnozuję drobne techniczne „dolegliwości” i pomagam tancerzom osiągnąć większą perfekcję.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Pański masterclass odbywa się w szczególnym momencie – równolegle trwają próby do prapremiery baletu „Amerykanin w Paryżu” w choreografii Krzysztofa Pastora. Co zwróciło Pana uwagę jako pedagoga?

Jako bardzo młody chłopiec widziałem film „Amerykanin w Paryżu” i byłem zachwycony amerykańską sztuką tańca. Od lat darzę ogromnym uznaniem Krzysztofa Pastora – jego karierę, osiągnięcia i pomysły artystyczne. Niedawno widziałem jego „Draculę”, który zrobił na mnie wielkie wrażenie, podobnie jak „Prometeusz”, oglądany na sali baletowej.

Opera Nova ma ogromne szczęście współpracować z choreografem tej klasy jak Krzysztof Pastor, a dodatkowo realizować u siebie prapremierę jego nowego baletu - to zdarza się naprawdę rzadko. Obserwowałem próby i jestem pełen podziwu nie tylko dla tańca i kroków, lecz także dla świetnie skonstruowanego scenariusza. Wspaniałą rolę odgrywa tu również Małgorzata Chojnacka jako kierownik baletu. W duecie z Krzysztofem Pastorem prowadzą próby w sposób niezwykle muzykalny i rytmiczny. Jestem przekonany, że ten spektakl spotka się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Jaka była dla Pana – jako tancerza i pedagoga – najcenniejsza lekcja wyniesiona ze współpracy z Maurice’em Béjartem?

Gdy jako chłopiec po raz pierwszy zobaczyłem Balet XX Wieku Maurice’a Béjarta, byłem tak zachwycony, że wszystkie inne marzenia zeszły na dalszy plan. Ten taniec był zupełnie inny od wszystkiego, czego uczono mnie w szkole czy w Teatrze Wielkim. Początkowo nawet nie wiedziałem, czy mi się podoba, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę mógł pracować z tym zespołem.

Los sprawił, że w 1973 roku znalazłem się w Balecie XX Wieku w Brukseli. Od pierwszego dnia wiedziałem, że to jest moje miejsce i że nigdzie indziej nie będę już tańczył. Pracowałem tam do 1979 roku. Zespół był wówczas tak sławny, że graliśmy po 200–220 spektakli rocznie.

Równolegle coraz bardziej interesowało mnie nauczanie. Dzięki wybitnym pedagogom i pierwszym doświadczeniom dydaktycznym odkryłem, że sprawia mi to ogromną satysfakcję. Po odejściu z zespołu Béjarta otworzyłem razem z moim przyjacielem Andrzejem Ziemskim studio baletowe „Balletomania” w Brukseli. Wkrótce potem Maurice Béjart zaproponował mi pracę w jego legendarnej szkole „Mudra”. Zostałem tam na cały okres jej istnienia, a później - już jako asystent - zacząłem wystawiać jego balety na całym świecie. To była szkoła życia i sztuki, absolutnie wyjątkowa!

Współpracował Pan z zespołami największych scen świata – od Europy przez Japonię, Koreę Południową po Australię i Amerykę Południową. Co było największym wyzwaniem, a co największą inspiracją?

Jednym z najważniejszych momentów było dla mnie wystawienie „Bolera” Béjarta z zespołem Teatru Bolszoj i Mają Plisiecką w roli głównej. Miałem wówczas zaledwie 28 lat i czułem ogromną odpowiedzialność jak to by był mój balet. Potem pracowałem też przy „Pietruszce”, „Życiu paryskim”, wystawiałem balety Béjarta w Operze Paryskiej, Duńskiej Operze Królewskiej czy w Stuttgarcie – często bezpośrednio pod okiem Mistrza, który przyjeżdżał na premiery, a czasem nawet uczestniczył w próbach.

Dziś tej odpowiedzialności jest jeszcze więcej. Béjart już nie żyje, a cała spuścizna spoczywa na barkach jego współpracowników. Choć w dzisiejszych czasach mamy nagrania wideo, one bywają mylące – każda przestrzeń wymaga nowego spojrzenia. Każda produkcja to nowa przygoda, nowe wyzwanie i ogromna praca.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Jaką radę dałby Pan młodym ludziom, marzącym o tańcu być może nie tylko klasycznym?

Marzenia są wspaniałe, ale bez pracy nawet największy talent się marnuje. Praca nad sobą, codzienna konsekwencja i umiejętność współpracy z innymi są kluczowe. Bez wytrwałości i samozaparcia bardzo trudno osiągnąć cokolwiek w tańcu.

Potrzebna jest też szczypta szczęścia…

Patrząc na swoje życie, mogę powiedzieć, że miałem ogromne szczęście. Tańczyłem z Rudolfem Nuriejewem, pracowałem z Rolandem Petitem, Rozalią Hightower, a zwieńczeniem wszystkiego była współpraca z Maurice’em Béjartem. Miałem też szczęście uczyć takie gwiazdy jak Sylvie Guillem czy Alessandra Ferri. Nie prowokowałem losu – starałem się po prostu każdą propozycję realizować jak najlepiej.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Czy dziś jest jeszcze jakieś marzenie, które chciałby Pan zrealizować?

Chciałbym wznowić „IX Symfonię” Beethovena w choreografii Maurice’a Béjarta - monumentalne dzieło z udziałem chóru, orkiestry i 76 tancerzy. Béjart stworzył choreografię w 1964 roku i była niesamowitym sukcesem - jego zespół tańczył ten balet cztery lata później na otwarciu Letnich Igrzysk Olimpijskich w Meksyku. Przeniosłem ten balet w 2014 roku na scenę NHK w Tokio. W 2027 roku przypada setna rocznica urodzin Béjarta i dwudziesta rocznica jego śmierci. Być może ta produkcja powróci na sceny - byłoby to piękne zwieńczenie mojej drogi artystycznej.

A jaką przyszłość widzi Pan przed zespołem Baletu Opery Nova?

Widzę przed nim bardzo dobrą drogę. Dzięki Małgorzacie Chojnackiej w Operze Nova dochodzi do baletowych prapremier, co jest ogromnym osiągnięciem. Zespół ma charakter międzynarodowy, a młodzi tancerze są otwarci, chłonni i robią szybkie postępy. To niezwykle budujące. Pozostaje mieć nadzieję, że ten rozwój będzie trwał - bo potencjał jest naprawdę ogromny.

Rozmawiała Justyna Tota, Opera Nova w Bydgoszczy